środa, 17 maja 2017

Barbadelo - Gonzar

Dziś tylko 26 km, ale moje kolano ciągle czuje ostatnie pikowanie z gór. Szczególnie podczas każdego, nawet łagodnego zejścia.
W nocy lało, rano niebo nadal było zaciągnięte chmurami i padał deszcz. Szybko się pozbieraliśmy i ruszyliśmy ok. 6:40, godzinę za dziadkiem, którego spotkaliśmy wczoraj przed samym Barbadelo, a który spał z nami w alberdze. Szedł krótkim, posuwistym krokiem, w szerokich spodniach długości do pół łydki, z plecakiem ze stelażem z rurek, a na nim powiewała mu zawieszona czerwona peleryna. Potem siedział przy stoliku nad kieliszkiem sangrii i powiedział, że ostatni raz pił sangrię w 1974 r. Wyszedł godzinę przed nami, a wyprzedziliśmy go po pół godzinie. Idzie wolno ale niestrudzenie, z uśmiechem na ustach i radością w oczach. Przed samym Portomarin spotkaliśmy naszego znajomego Koreańczyka, emerytowanego żołnierza. Ale się ucieszył, my zresztą też.
W Portomarin zrobiliśmy sobie drugi postój. Ładne miasteczko z ciekawym kościołem, niestety zamkniętym. Mignął nam tam też młody Nowozeladczyk, który wpadł nam w oko już w Paryżu, potem szedł przez jakiś czas z Richardem z Australii, ale zgubili się nam jeszcze w kwietniu.
Dużo szliśmy dzisiaj przez lasy, trochę przez pola i przez dość liczne wsie. Wsie tutaj jednak są inne niż na wschodzie Hiszpanii, brudne, pachnące prawdziwą wsią, a najciekawsze są stare kamienne domy tworzące z zabudowaniami gospodarczymi i kamiennym wysokim murem zamknięty solidną bramą teren, a w ścianach widoczne są, po kilka z każdej strony, otwory strzelnicze.
Na murze mijanej starej fabryki był napis zrobiony sprayem: Jesus loves you. Takie napisy, niekoniecznie sprayem, powinny być na każdym kroku Camino, a na pewno przy każdym kościele.


Rzeka Mino w Portomarin

 
 Casa Garcia w Gonzar - tutaj byliśmy na pysznym obiadku, a nocowaliśmy w alberdze municypalnej

 Rośliny zadomowią się wszędzie - te na murze w Gonzar

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz