czwartek, 18 maja 2017

Gonzar - Melide

Małżeńskie Camino ma chyba jedną ważną zaletę - tęsknota za domem jest, ale nie tak wielka, gdyby się pielgrzymowało samemu.
Oczywiście gdy są plusy to są też minusy - idzie się razem, a tempo jest zawsze dostosowane do tego słabszego ogniwa, a tak się składa, że raz jeden się lepiej czuje, a następnego dnia znowu ten sam się lepiej czuje ;-)
Dziś jednak 32 km padły, minęliśmy też słupek z napisem 75 km, tak więc mamy już w nogach ponad 700. Aż sami mamy trudność w to uwierzyć. Jak na początku Camino dawała mi popalić lewa noga, to dziś poczułem że mam prawą, a dokładnie jakiejś mięśnie podudzia, o których nie miałem bladego pojęcia że gdzieś tam w środku są. O kolanie nie wspominając, bo ten ból jest teraz ledwo odczuwalny.
Ciekawe są tutaj mijane lasy, w których rosną całe połacie kompletnie niewidywanych przez nas wcześniej drzew - ponoć to są wprowadzone tutaj eukaliptusy. Tylko misiów koala brakuje. Ale i tak rzesza Australijczyków wędrujących Camino musi się tutaj czuć dość swojsko. A spotkaliśmy dziś Bena, którego ostatni raz widziałem chyba kawałek za Burgos. Jeśli mi się go uda jeszcze raz spotkać to muszę go o to zapytać.
Od czasu do czasu, tak raz na dwa, trzy dni, widujemy osoby podążające w przeciwnym kierunku - wracające z Santiago również pieszo. A dziś chyba widzieliśmy 3 takich pielgrzymów.

Wschód słońca łapie nas już kawałek od Gonzar

 Wprawdzie nie jesteśmy w Australii, ale na pewno w lesie eukaliptusowym

Horreos

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz